Sposób, w jaki "Gazeta Wyborcza" komentuje to, co się dzieje w Wenezueli, wymaga odrębnego odnotowania. GW uważa, że wysokie zwycięstwo wyborcze Chaveza jakoby nie świadczy o masowym poparciu dla niego, że opozycja, pomimo porażki, jest coraz bardziej zwarta i silna etc.
"Wyborcza" ma szczęście, że nie ukazuje się w Caracas, bo tamtejsi "chavistas" (tak nazywają w Wenezueli zwolenników Chaveza) mieliby niezły ubaw podczas lektury. Tak jak mieli ubaw niedawno, oglądając to, co działo się w siedzibie jednej z głównych partii opozycyjnych - "Primero Justicia" (Po Pierwsze Sprawiedliwość).
"Primero Justicia" reprezentuje interesy wielkiego kapitału międzynarodowego, wytrwale zachwala liberalne wartości, głosi dobrodziejstwa wolnego rynku i globalizacji, wybiera sojusz z USA zamiast integracji południowoamerykańskiej itd. Po przegranych wyborach niektórzy działacze tej partii postanowili jednak przemyśleć swoją dotychczasową strategię i efektem owych przemyśleń jest to, co zobaczymy w tym filmiku.
Uprzedzam lojalnie "Wyborczą", że źli "chavistas" dodali do tego nagrania tło muzyczne w postaci hymnu tejże partii "Primero Justicia". Zwroty w rodzaju "democracia en tus manos" (demokracja w Twoich rękach), "con la paz, con la ley" (pokojowo i zgodnie z prawem) czy "democracia en accion" (demokracja w akcji) nieoczekiwanie rozszerzają swoje pole znaczeniowe podczas oglądania tego filmu...
Mało tego: "chavistas" nadali temu nagraniu tytuł "Los escualidos dandose amor entre elos" (Escualidos okazują sobie miłość) co świadczy o daleko posuniętej perfidii zwolenników Chaveza, o którą "Wyborcza" zawsze ich zresztą podejrzewała...
Jeśli GW wolałaby, żeby Wenezuelą rządzili bohaterowie owego filmiku, a nie Hugo Chavez, to chyba nie dokonała najwłaściwszego wyboru...
Tak czy owak życzę wszystkim dobrej zabawy podczas oglądania tego pouczającego nagrania. "Adelante a luchar..." (Naprzód, do walki!). Wystarczy kliknąć tu:
http://www.youtube.com/watch?v=4Si0TuQ29vU
Wcale się nie zdziwię, jeśli amerykański magazyn "TIME" przyzna tytuł Człowieka Roku 2006 prezydentowi Wenezueli, Hugo Chavezowi. Nikt bardziej od niego na to miano nie zasłużył.
Polskie media potraktowały niedawne wybory prezydenckie w Wenezueli wzgardliwym wzruszeniem ramion: "Populista Chavez wygrał, więc będzie przez mógł przez kolejnych 6 lat wcielać w życie swoje socjalistyczne utopie".
To spojrzenie bardzo płytkie, a zarazem krzywdzące wobec Wenezuelczyków. Wiadomo, że dla polskich mediów każdy, kto nie głosi peanów na cześć wolnego rynku, jest od razu demagogiem i populistą. Nawet wtedy, kiedy ma więcej racji, niż apologeci wolnego rynku. Wenezuela pod rządami Chaveza może się poszczycić najszybszym tempem wzrostu gospodarczego w Ameryce Południowej: ponad 10 proc. w trzecim kwartale br.
A jak wyglądała Wenezuela przed Chavezem? Krajem przez dziesięciolecia rządziła (demokratycznie, ale czasem i przy pomocy wojskowych dyktatur) ekonomiczno-polityczno-intelektualna elita, określana przez ludzi z ubogich przedmieść Caracas mianem "escualidos". Kraj był bogaty, dzięki zasobom swej ropy, ale tylko "escualidos" z tego bogactwa korzystali: nie mieli ochoty ani dzielić się swoimi petrodolarami z wenezuelską biedotą, ani inwestować w infrastrukturę ekonomiczną kraju. Woleli kupować sobie coraz większe i piękniejsze rezydencje na Florydzie...
Niedawne wybory prezydenckie obnażyły cynizm wenezuelskiej opozycji spod znaku "escualidos" i jej ideową miałkość. Wiadomo, że Hugo Chavez lansuje polityczną i gospodarczą integrację wszystkich krajów Ameryki Południowej, przy czym wspiera ją aktywnie, udzielając finansowego i materialnego wsparcia najuboższym regionom i krajom kontynentu, takim jak Boliwia. Można się nie zgadzać z tą ambitną wizją polityczną, ale wówczas trzeba jej przeciwstawić wizję własną. Jaką odpowiedź przedstawił główny kandydat opozycji w wyborach, Manuel Rosales? Taką: "Jeśli ja zostanę prezydentem, to Wenezuela nie będzie pomagać mieszkańcom innych państw, bo przecież i w naszym kraju jest wielu potrzebujących!"
Populizm w czystej postaci, w dodatku zaprawiony niezłą dawką szowinizmu. Liberał Rosales okazał się gorszym demagogiem od rewolucjonisty Chaveza, który twardo stąpa po ziemi i obiecuje tylko to, co jest w stanie wykonać.
A zrobił w ostatnich latach wiele: rozbudowa metra, budowa nowych linii kolejowych, budowa wielkiego mostu Puente Orinoco, łączącego wenezuelską Amazonię z Amazonią brazylijską, podwyższenie płacy minimalnej o 30 proc. w 2004 r. i o kolejne 26 proc. w 2005 r. Do tego trzeba dodać liczne projekty socjalne, jak "Plan Bolivar" (użycie wojska do dostarczania żywności i lekarstw mieszkańcom terenów, odizolowanych od reszty kraju), "Plan Casiquiare 2000" (ograniczenie ubóstwa i śmiertelności wśród ludności indiańskiej), "Mision Barrio Adentro" (zapewnienia ludności z ubogich przedmieść bezpłatnego dostępu do opieki medycznej), "Mision Mercal" (walka z analfabetyzmem, który dzięki temu został w Wenezueli całkowicie zlikwidowany), "Mision Ribas" (budowa lokalnych centrów edukacyjnych), "Mision Vuelvan Caras" (program szkoleń, umożliwiających podnoszenie kwalifikacji zawodowych), "Mision Guaicaipuro" (budowa mieszkań socjalnych), "Mision Habitat" (zapewnienia ludności z regionów najuboższych tytułów prawnych do ziemi, którą zamieszkuje) i in. Czy tak wygląda populizm?
Nie dajmy się zwieść temu, że Chavez tak często wychwala Fidela Castro. Jest zbyt wytrawnym politykiem, by kopiować w Wenezueli kubański ustrój, by nie wiedzieć, że dzisiejsza Kuba to tylko stalinowski skansen, to muzeum dawno ostygłej rewolucji. Ameryka Południowa dobrze się przyjrzała temu, co stało się w Europie Wschodniej w 1989 r.: stalinowski model państwa a'la PRL zupełnie Latynosów nie interesuje, jedyną żywą ideologią radykalnej lewicy jest tam trockizm.
Niech nas nie zwiedzie także ciągłe atakowanie przez Chaveza prezydenta Busha jako "szatana". Chavez nieprzypadkowo sprowadza swój konflikt z USA do personalnej rozgrywki z Bushem. Jeśli następne wybory w USA wygra kandydat Partii Demokratycznej, droga do porozumienia Wenezueli z USA zostanie otwarta. Będzie je tym łatwiej zawrzeć, że w ostatnich latach USA odwróciły się politycznie od Ameryki Południowej, skupiając swą uwagę na Bliskim Wschodzie.
Kiedy Chavez twierdzi, że "w ramach modelu kapitalistycznego nie można rozwiązać poważnych problemów społeczeństwa: ubóstwa, nędzy i wykluczenia" to jest to obiektywna prawda, a nie demagogia. Chavez i jego rewolucja szukają więc alternatywnego modelu ustrojowego. Poszukiwania te są dopiero we wstępnej fazie, podobnie jak i sama rewolucja.
Jeśli przez rewolucję rozumieć ciąg burzliwych zmian, z których każda jest równocześnie skutkiem zmiany poprzedniej i powodem do zmiany następnej, to stwierdzić trzeba, że w Wenezueli trwa obecnie głęboka rewolucja. Socjalistyczna? Trockistowska? Boliwariańska? Mniejsza o nazwę. Ważne, że autentyczna, oddolna, nie poddająca się rządowej kontroli. O skali społecznego zaangażowania świadczy masowy udział Wenezuelczyków w wyborach, a także rozwój "Kółek Boliwariańskich" - lokalnych organizacji społecznych, wspierających realizację wspomnianych powyżej planów i misji. Liczebność owych "kółek" przekracza obecnie 2 mln członków. Równie szybko rozwija się ruch spółdzielczy: w 2001 r. liczba spółdzielni wynosiła 1900, a w roku 2003 r. aż 10 000.
Kraj jest w stanie twórczego wrzenia; w wenezuelskim kotle ustawicznie ścierają się ludzie, poglądy, ideologie i postawy. W obozie "escualidos" są ludzie, związani z obcym kapitałem, którzy chcieliby odzyskać dawne wpływy; są liberalni intelektualiści, wrodzy wszelkim lewicowym eksperymentom; są środowiska umiarkowane, szukające porozumienia z prezydentem, są wreszcie ugrupowania faszyzującej prawicy, które nie cofnęłyby się przed zbrojnym puczem. W obozie "chavistas" są z kolei tak różne grupy, jak mieszkańcy slumsów, urzędnicy prezydenckiej administracji, współpracująca z rządem "bolivaro-burżuazja" czy radykalne ugrupowania trockistowskie, które nie dowierzają Chavezowi i usiłują "pogłębić" rewolucję lub wręcz dokonać "rewolucji wewnątrz rewolucji". Wystarczy wejść na internetowe forum któregoś z "boliwariańskich" portali, np. www.aporrea.org żeby przekonać się, jak radykalne są poglądy tamtejszych rewolucjonistów i jak gorąca jest temperatura dyskusji.
Właśnie aktywność społeczna jest największym atutem Chaveza. W 2002 r. "escualidos" próbowali odsunąć go od władzy w drodze wojskowego zamachy stanu, wspartego przez uliczne demonstracje. Wojsko opanowało pałac prezydencki, Chavez został internowany, wydawało się, że sprawa jest przesądzona. Wszystko to trwało jednak tylko dwa dni. Wzburzone tłumy ubogich "chavistas" runęły na centrum miasta i prawicowy pucz został rozpędzony, a Chavez triumfalnie wrócił do pałacu Miraflores. Okazało się, że Chavez jest jeszcze bardziej potrzebny masom, niż masy - Chavezowi...
W dzisiejszej Wenezuli walka polityczna jest przez obie strony prowadzona na wszelkich możliwych płaszczyznach, od mediów po sztuki plastyczne, literaturę i muzykę. Joaquin Sabina, jeden z bardów boliwariańskiej rewolucji, skomponował piękną balladę "Guliver", której tytułowym bohaterem jest Chavez - czerwony olbrzym, przeciwko któremu zbuntowały się karzełki - "escualidos". Ilustracją tego wideoklipu są migawki ze wspomnianego powyżej, nieudanego zamachu stanu z 2002 r. Żeby posłuchać tej ballady i obejrzeć wideoklip, wystarczy kliknąć w link:
http://www.youtube.com/watch?v=S-V3ts0m-xw&eurl=
Czy idee Czerwonego Gulivera - Chaveza, nazywane umownie "Socjalizmem XXI wieku" odniosą ostateczny sukces i znajdą zastosowanie także na innych kontynentach? Odpowiedź przyniesie czas...
Trochę mi głupio, bo nie znoszę pisać o sobie. Ale chyba nie mam innego wyjścia...
Tak się bowiem stało, że odniosłem sukces, na który nie zasłużyłem. Otóż jeden z moich dramatów jednoaktowych znalazł się w publikacji, przeznaczonej dla przyszłorocznych maturzystów.
W księgarniach jest do nabycia wydana w Krakowie książka Wydawnictwa Szkolnego OMEGA pt. "JĘZYK POLSKI Matura 2007".
W drugim tomie, na stronach 267 - 275, opublikowane zostały obszerne fragmenty mojego dramatu jednoaktowego "Sopa paraguaya" wraz z "modelową" analizą i interpretacją tego tekstu.
Przedmiotem podobnych analiz są w tym samym rozdziale m. in. fragmenty tekstów Zapolskiej, Conrada, Żeromskiego, Leśmiana, Tuwima, Wierzyńskiego, Miłosza, Herberta i Różewicza. Każde z tych nazwisk jest kamieniem milowym w dziejach literatury...
Czuję się niezwykle zaszczycony i wyróżniony zamieszczeniem mojego tekstu w tej książce, w dodatku w tak znakomitym towarzystwie. Tym bardziej, że nigdy o taką publikację nie zabiegałem i nie miałem żadnego kontaktu z autorami książki.
Jestem szczerze wzruszony i onieśmielony. To dla mnie dodatkowa motywacja, żeby "dać z siebie" więcej i napisać w przyszłości coś naprawdę godnego uwagi...
Jak się rodzi literatura i po co? Tak naprawdę to nikt tego nie wie. Jedna z możliwych, acz całkowicie wyssanych z palca hipotez roboczych brzmi następująco…
Siadasz, pochylony nad pustą kartką (kiedyś) albo wpatrzony w ekran komputera (teraz) i zaczynasz pisać. Jesteś tylko Ty i litery, wyskakujące z klawiatury. Litery układają się w słowa, słowa w zdania, zdania w opisy lub dialogi...
Nikt nie wie, po co piszesz. Ty nazywasz to potrzebą serca, inni - fanaberią albo bezsensowną stratą czasu, który można przecież spędzić o wiele przyjemniej albo i z jaką korzyścią dla siebie.
Nikt nie wie, co napiszesz i zazwyczaj nikogo to w ogóle nie obchodzi. Ba, Ty sam też jeszcze nie wiesz, co Ci w końcu z tego tekstu wyjdzie. Oczywiście rozpoczynając pisanie masz w głowie jakiś wstępny plan, ale zdarza się przecież, że uwiedzie Cię jakiś poboczny wątek opisywanej historyjki. Wątek ten wedle początkowych założeń miał pełnić rolę marginalną, ale nagle pójdziesz jego śladem by zapomnieć o innych drogach i traktach narracyjnych, którymi miałeś podążać…
Kiedy tekst jest już napisany, cieszysz się nim - w końcu napisałeś go przede wszystkim dla siebie i tylko Ty go znasz. Pierwszego dnia po napisaniu uważasz, że Twój tekst jest genialny, następnego dnia, że dobry, jeszcze dwa dni później, że taki sobie, a po tygodniu nawet nie masz ochoty tego chłamu czytać i najchętniej byś go skasował, co zresztą czasem nawet robisz.
niedziela, 21 marca 2010
Licznik odwiedzin: 104225
| « grudzień » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | ||||
| 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 |
| 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 |
| 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 |
| 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 |
Blog literata i dziennikarza, a przy tym wolnomyśliciela, wyznawcy bogów Olimpu.
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: