Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Filmik dla "Wyborczej"

piątek, 22 grudnia 2006 14:28

Sposób, w jaki "Gazeta Wyborcza" komentuje to, co się dzieje w Wenezueli, wymaga odrębnego odnotowania. GW uważa, że wysokie zwycięstwo wyborcze Chaveza jakoby nie świadczy o masowym poparciu dla niego, że opozycja, pomimo porażki, jest coraz bardziej zwarta i silna etc.

 

"Wyborcza" ma szczęście, że nie ukazuje się w Caracas, bo tamtejsi "chavistas" (tak nazywają w Wenezueli zwolenników Chaveza) mieliby niezły ubaw podczas lektury. Tak jak mieli ubaw niedawno, oglądając to, co działo się w siedzibie jednej z głównych partii opozycyjnych - "Primero Justicia" (Po Pierwsze Sprawiedliwość).

 

"Primero Justicia" reprezentuje interesy wielkiego kapitału międzynarodowego, wytrwale zachwala liberalne wartości, głosi dobrodziejstwa wolnego rynku i globalizacji, wybiera sojusz z USA zamiast integracji południowoamerykańskiej itd. Po przegranych wyborach niektórzy działacze tej partii postanowili jednak przemyśleć swoją dotychczasową strategię i efektem owych przemyśleń jest to, co zobaczymy w tym filmiku.

 

Uprzedzam lojalnie "Wyborczą", że źli "chavistas" dodali do tego nagrania tło muzyczne w postaci hymnu tejże partii "Primero Justicia". Zwroty w rodzaju "democracia en tus manos" (demokracja w Twoich rękach), "con la paz, con la ley" (pokojowo i zgodnie z prawem) czy "democracia en accion" (demokracja w akcji) nieoczekiwanie rozszerzają swoje pole znaczeniowe podczas oglądania tego filmu...

 

Mało tego: "chavistas" nadali temu nagraniu tytuł "Los escualidos dandose amor entre elos" (Escualidos okazują sobie miłość) co świadczy o daleko posuniętej perfidii zwolenników Chaveza, o którą "Wyborcza" zawsze ich zresztą podejrzewała...

 

Jeśli GW wolałaby, żeby Wenezuelą rządzili bohaterowie owego filmiku, a nie Hugo Chavez, to chyba nie dokonała najwłaściwszego wyboru...

 

Tak czy owak życzę wszystkim dobrej zabawy podczas oglądania tego pouczającego nagrania. "Adelante a luchar..." (Naprzód, do walki!). Wystarczy kliknąć tu:

http://www.youtube.com/watch?v=4Si0TuQ29vU

 

komentarze (3) | dodaj komentarz

Chavez - Czerwony Guliwer

środa, 13 grudnia 2006 11:45

Wcale się nie zdziwię, jeśli amerykański magazyn "TIME" przyzna tytuł Człowieka Roku 2006 prezydentowi Wenezueli, Hugo Chavezowi. Nikt bardziej od niego na to miano nie zasłużył.

  

Polskie media potraktowały niedawne wybory prezydenckie w Wenezueli wzgardliwym wzruszeniem ramion: "Populista Chavez wygrał, więc będzie przez mógł przez kolejnych 6 lat wcielać w życie swoje socjalistyczne utopie".

  

To spojrzenie bardzo płytkie, a zarazem krzywdzące wobec Wenezuelczyków. Wiadomo, że dla polskich mediów każdy, kto nie głosi peanów na cześć wolnego rynku, jest od razu demagogiem i populistą. Nawet wtedy, kiedy ma więcej racji, niż apologeci wolnego rynku. Wenezuela pod rządami Chaveza może się poszczycić najszybszym tempem wzrostu gospodarczego w Ameryce Południowej: ponad 10 proc. w trzecim kwartale br.

  

A jak wyglądała Wenezuela przed Chavezem? Krajem przez dziesięciolecia rządziła (demokratycznie, ale czasem i przy pomocy wojskowych dyktatur) ekonomiczno-polityczno-intelektualna elita, określana przez ludzi z ubogich przedmieść Caracas mianem "escualidos". Kraj był bogaty, dzięki zasobom swej ropy, ale tylko "escualidos" z tego bogactwa korzystali: nie mieli ochoty ani dzielić się swoimi petrodolarami z wenezuelską biedotą, ani inwestować w infrastrukturę ekonomiczną kraju. Woleli kupować sobie coraz większe i piękniejsze rezydencje na Florydzie...

  

Niedawne wybory prezydenckie obnażyły cynizm wenezuelskiej opozycji spod znaku "escualidos" i jej ideową miałkość. Wiadomo, że Hugo Chavez lansuje polityczną i gospodarczą integrację wszystkich krajów Ameryki Południowej, przy czym wspiera ją aktywnie, udzielając finansowego i materialnego wsparcia najuboższym regionom i krajom kontynentu, takim jak Boliwia. Można się nie zgadzać z tą ambitną wizją polityczną, ale wówczas trzeba jej przeciwstawić wizję własną. Jaką odpowiedź przedstawił główny kandydat opozycji w wyborach, Manuel Rosales? Taką: "Jeśli ja zostanę prezydentem, to Wenezuela nie będzie pomagać mieszkańcom innych państw, bo przecież i w naszym kraju jest wielu potrzebujących!"

  Populizm w czystej postaci, w dodatku zaprawiony niezłą dawką szowinizmu. Liberał Rosales okazał się gorszym demagogiem od rewolucjonisty Chaveza, który twardo stąpa po ziemi i obiecuje tylko to, co jest w stanie wykonać. 

 

A zrobił w ostatnich latach wiele: rozbudowa metra, budowa nowych linii kolejowych, budowa wielkiego mostu Puente Orinoco, łączącego wenezuelską Amazonię z Amazonią brazylijską, podwyższenie płacy minimalnej o 30 proc. w 2004 r. i o kolejne 26 proc. w 2005 r. Do tego trzeba dodać liczne projekty socjalne, jak "Plan Bolivar" (użycie wojska do dostarczania żywności i lekarstw mieszkańcom terenów, odizolowanych od reszty kraju), "Plan Casiquiare 2000" (ograniczenie ubóstwa i śmiertelności wśród ludności indiańskiej), "Mision Barrio Adentro" (zapewnienia ludności z ubogich przedmieść bezpłatnego dostępu do opieki medycznej), "Mision Mercal" (walka z analfabetyzmem, który dzięki temu został w Wenezueli całkowicie zlikwidowany), "Mision Ribas" (budowa lokalnych centrów edukacyjnych), "Mision Vuelvan Caras" (program szkoleń, umożliwiających podnoszenie kwalifikacji zawodowych), "Mision Guaicaipuro" (budowa mieszkań socjalnych), "Mision Habitat" (zapewnienia ludności z regionów najuboższych tytułów prawnych do ziemi, którą zamieszkuje) i in. Czy tak wygląda populizm?

Nie dajmy się zwieść temu, że Chavez tak często wychwala Fidela Castro. Jest zbyt wytrawnym politykiem, by kopiować w Wenezueli kubański ustrój, by nie wiedzieć, że dzisiejsza Kuba to tylko stalinowski skansen, to muzeum dawno ostygłej rewolucji. Ameryka Południowa dobrze się przyjrzała temu, co stało się w Europie Wschodniej w 1989 r.: stalinowski model państwa a'la PRL zupełnie Latynosów nie interesuje, jedyną żywą ideologią radykalnej lewicy jest tam trockizm.

  

Niech nas nie zwiedzie także ciągłe atakowanie przez Chaveza prezydenta Busha jako "szatana". Chavez nieprzypadkowo sprowadza swój konflikt z USA do personalnej rozgrywki z Bushem. Jeśli następne wybory w USA wygra kandydat Partii Demokratycznej, droga do porozumienia Wenezueli z USA zostanie otwarta. Będzie je tym łatwiej zawrzeć, że w ostatnich latach USA odwróciły się politycznie od Ameryki Południowej, skupiając swą uwagę na Bliskim Wschodzie.

  

Kiedy Chavez twierdzi, że "w ramach modelu kapitalistycznego nie można rozwiązać poważnych problemów społeczeństwa: ubóstwa, nędzy i wykluczenia" to jest to obiektywna prawda, a nie demagogia. Chavez i jego rewolucja szukają więc alternatywnego modelu ustrojowego. Poszukiwania te są dopiero we wstępnej fazie, podobnie jak i sama rewolucja.

  

Jeśli przez rewolucję rozumieć ciąg burzliwych zmian, z których każda jest równocześnie skutkiem zmiany poprzedniej i powodem do zmiany następnej, to stwierdzić trzeba, że w Wenezueli trwa obecnie głęboka rewolucja. Socjalistyczna? Trockistowska? Boliwariańska? Mniejsza o nazwę. Ważne, że autentyczna, oddolna, nie poddająca się rządowej kontroli. O skali społecznego zaangażowania świadczy masowy udział Wenezuelczyków w wyborach, a także rozwój "Kółek Boliwariańskich" - lokalnych organizacji społecznych, wspierających realizację wspomnianych powyżej planów i misji. Liczebność owych "kółek" przekracza obecnie 2 mln członków. Równie szybko rozwija się ruch spółdzielczy: w 2001 r. liczba spółdzielni wynosiła 1900, a w roku 2003 r. aż 10 000.

  

Kraj jest w stanie twórczego wrzenia; w wenezuelskim kotle ustawicznie ścierają się ludzie, poglądy, ideologie i postawy. W obozie "escualidos" są ludzie, związani z obcym kapitałem, którzy chcieliby odzyskać dawne wpływy; są liberalni intelektualiści, wrodzy wszelkim lewicowym eksperymentom; są środowiska umiarkowane, szukające porozumienia z prezydentem, są wreszcie ugrupowania faszyzującej prawicy, które nie cofnęłyby się przed zbrojnym puczem. W obozie "chavistas" są z kolei tak różne grupy, jak mieszkańcy slumsów, urzędnicy prezydenckiej administracji, współpracująca z rządem "bolivaro-burżuazja" czy radykalne ugrupowania trockistowskie, które nie dowierzają Chavezowi i usiłują "pogłębić" rewolucję lub wręcz dokonać "rewolucji wewnątrz rewolucji". Wystarczy wejść na internetowe forum któregoś z "boliwariańskich" portali, np. www.aporrea.org żeby przekonać się, jak radykalne są poglądy tamtejszych rewolucjonistów i jak gorąca jest temperatura dyskusji.

  

Właśnie aktywność społeczna jest największym atutem Chaveza. W 2002 r. "escualidos" próbowali odsunąć go od władzy w drodze wojskowego zamachy stanu, wspartego przez uliczne demonstracje. Wojsko opanowało pałac prezydencki, Chavez został internowany, wydawało się, że sprawa jest przesądzona. Wszystko to trwało jednak tylko dwa dni. Wzburzone tłumy ubogich "chavistas" runęły na centrum miasta i prawicowy pucz został rozpędzony, a Chavez triumfalnie wrócił do pałacu Miraflores. Okazało się, że Chavez jest jeszcze bardziej potrzebny masom, niż masy - Chavezowi...

W dzisiejszej Wenezuli walka polityczna jest przez obie strony prowadzona na wszelkich możliwych płaszczyznach, od mediów po sztuki plastyczne, literaturę i muzykę. Joaquin Sabina, jeden z bardów boliwariańskiej rewolucji, skomponował piękną balladę "Guliver", której tytułowym bohaterem jest Chavez - czerwony olbrzym, przeciwko któremu zbuntowały się karzełki - "escualidos". Ilustracją tego wideoklipu są migawki ze wspomnianego powyżej, nieudanego zamachu stanu z 2002 r. Żeby posłuchać tej ballady i obejrzeć wideoklip, wystarczy kliknąć w link:

http://www.youtube.com/watch?v=S-V3ts0m-xw&eurl=

  

Czy idee Czerwonego Gulivera - Chaveza, nazywane umownie "Socjalizmem XXI wieku" odniosą ostateczny sukces i znajdą zastosowanie także na innych kontynentach? Odpowiedź przyniesie czas...

 

komentarze (4) | dodaj komentarz

Jestem maturalny

sobota, 09 grudnia 2006 18:42

 

Trochę mi głupio, bo nie znoszę pisać o sobie. Ale chyba nie mam innego wyjścia...

Tak się bowiem stało, że odniosłem sukces, na który nie zasłużyłem. Otóż jeden z moich dramatów jednoaktowych znalazł się w publikacji, przeznaczonej dla przyszłorocznych maturzystów.


W księgarniach jest do nabycia wydana w Krakowie książka Wydawnictwa Szkolnego OMEGA pt. "JĘZYK POLSKI Matura 2007".

W drugim tomie, na stronach 267 - 275, opublikowane zostały obszerne fragmenty mojego dramatu jednoaktowego "Sopa paraguaya" wraz z "modelową" analizą i interpretacją tego tekstu.


Przedmiotem podobnych analiz są w tym samym rozdziale m. in. fragmenty tekstów Zapolskiej, Conrada, Żeromskiego, Leśmiana, Tuwima, Wierzyńskiego, Miłosza, Herberta i Różewicza. Każde z tych nazwisk jest kamieniem milowym w dziejach literatury...


Czuję się niezwykle zaszczycony i wyróżniony zamieszczeniem mojego tekstu w tej książce, w dodatku w tak znakomitym towarzystwie. Tym bardziej, że nigdy o taką publikację nie zabiegałem i nie miałem żadnego kontaktu z autorami książki.


Jestem szczerze wzruszony i onieśmielony. To dla mnie dodatkowa motywacja, żeby "dać z siebie" więcej i napisać w przyszłości coś naprawdę godnego uwagi...


komentarze (1) | dodaj komentarz

Pisać? Nie pisać? Oto jest pytanie...

czwartek, 07 grudnia 2006 14:50

Jak się rodzi literatura i po co? Tak naprawdę to nikt tego nie wie. Jedna z możliwych, acz całkowicie wyssanych z palca hipotez roboczych brzmi następująco…

Siadasz, pochylony nad pustą kartką (kiedyś) albo wpatrzony w ekran komputera (teraz) i zaczynasz pisać. Jesteś tylko Ty i litery, wyskakujące z klawiatury. Litery układają się w słowa, słowa w zdania, zdania w opisy lub dialogi...

Nikt nie wie, po co piszesz. Ty nazywasz to potrzebą serca, inni - fanaberią albo bezsensowną stratą czasu, który można przecież spędzić o wiele przyjemniej albo i z jaką korzyścią dla siebie.

Nikt nie wie, co napiszesz i zazwyczaj nikogo to w ogóle nie obchodzi. Ba, Ty sam też jeszcze nie wiesz, co Ci w końcu z tego tekstu wyjdzie. Oczywiście rozpoczynając pisanie masz w głowie jakiś wstępny plan, ale zdarza się przecież, że uwiedzie Cię jakiś poboczny wątek opisywanej historyjki. Wątek ten wedle początkowych założeń miał pełnić rolę marginalną, ale nagle pójdziesz jego śladem by zapomnieć o innych drogach i traktach narracyjnych, którymi miałeś podążać…

 

Kiedy tekst jest już napisany, cieszysz się nim - w końcu napisałeś go przede wszystkim dla siebie i tylko Ty go znasz. Pierwszego dnia po napisaniu uważasz, że Twój tekst jest genialny, następnego dnia, że dobry, jeszcze dwa dni później, że taki sobie, a po tygodniu nawet nie masz ochoty tego chłamu czytać i najchętniej byś go skasował, co zresztą czasem nawet robisz.

Jeśli Twój tekst mimo wszystko ocaleje, to masz dwa wyjścia: możesz go schować do przysłowiowej szuflady (co w dzisiejszych realiach oznaczać może jakiś przytulny zakątek twardego dysku) i nikomu nie pokazywać albo możesz rozsyłać go gdzie się da, z nadzieją na publikację.

Pierwsze wyjście jest, wbrew pozorom, wcale niezłym, a nawet kuszącym rozwiązaniem. Wybrała je dziewiętnastowieczna poetka amerykańska Emily Dickinson, która napisała tysiąc wierszy, ale za swojego życia opublikowała ich zaledwie kilka. Nie udzielała wywiadów, nie brała udziału w spotkaniach autorskich, nie dostawała nagród, nie brylowała na salonach, nie była gwiazdą ówczesnych mediów: wszyscy uważali ją tylko za cichą i nieśmiałą dziewczynę z sąsiedztwa. Dopiero po śmierci Emily oddano do druku jej wiersze, gromadzone na dnie starego kuferka. Dzięki temu jest ona dzisiaj jednym z klasyków amerykańskiej literatury…

Jeśli jednak nie masz aż tyle cierpliwości co ona i chcesz jeszcze za życia olśnić świat swoimi utworami, to - niestety! - musisz dawać je do czytania innym ludziom. Musisz wypuszczać je z domu, niczym dorastające dzieci, z nadzieją, że wychowałeś je na ludzi i nie przyniosą Ci wstydu. Wiele razy się zawiedziesz! Niejedno z Twoich literackich „dzieci”, na które bardzo liczyłeś, nie spełni pokładanych nadziei. Ale czasem spotka Cię też jakaś miła niespodzianka: „syn marnotrawny”, na starcie spisany na straty, nieoczekiwanie odniesie sukces…

Musisz się pogodzić z tym, że utwór, który raz wypuściłeś między ludzi, przestanie być odtąd Twoją wyłączną własnością, bo będzie odtąd żył własnym życiem. Że może być traktowany, odczytywany i rozumiany zupełnie inaczej, niż Ty byś sobie tego życzył. Że po latach Ty nie zawsze będziesz się chciał przyznać do niego, albo on do Ciebie…

Jeśli mimo tych wszystkich ostrzeżeń zdecydujesz się na uprawianie twórczości literackiej, to już dziś przyjmij ode mnie – hurtem! – gratulacje z okazji przyszłych sukcesów literackich i wyrazy współczucia z powodu niepowodzeń. Może dzięki temu łatwiej to wszystko potem zniesiesz?

Jak jednak zaznaczyłem na wstępie, wszystko, co tutaj napisałem, to tylko bezpodstawna hipoteza, wyssana z palca, niekoniecznie czystego. Nie musisz wierzyć w ani jedno moje słowo...

 

komentarze (0) | dodaj komentarz

O szkodliwości teatru słów kilka...

wtorek, 05 grudnia 2006 18:45
Sława przedstawienia teatralnego "Tamara" dotarła nawet do starego Zezuloka. Postanowił więc obejrzeć ten spektakl. Wiedział tylko tyle, że aktorzy nie grają wyłącznie na scenie, lecz poruszają się swobodnie po całym gmachu; widzowie wybierają sobie ten wątek sztuki, który ich najbardziej interesuje i obserwują wybranych aktorów, chodząc za nimi krok w krok.

Zezulok wypił w pobliskim barze parę "głębszych" dla animuszu, a potem ruszył w stronę teatralnego gmachu. W teatrze panował gwar, a ludzie krążyli zdezorientowani w różnych kierunkach, nie zawsze wiedząc, kto z nich jest aktorem, a kto widzem.

Zezulok postanowił nie odstępować na krok pewnej korpulentnej damy, dystyngowanym krokiem przemierzającej teatralne korytarze wraz ze swoim partnerem. - Ona jest na pewno tą Tamarą! - pomyślał.

Dystyngowana para stopniowo przyspieszała kroku, coraz częściej oglądając się nerwowo na Zezuloka. Kiedy dama weszła do toalety, Zezulok próbował wejść tam za nią w przekonaniu, że wymaga tego scenariusz sztuki: nie chciał uronić ani jednej scenki.

Partner damulki osadził go jednak na miejscu swoją sękatą pięścią: podsunął mu ją do powąchania z takim impetem, że głowa Zezuloka odskoczyła o dobrych kilka metrów, wlokąc za sobą resztę ciała.

Ta przygoda nadwątliła zaufanie Zezuloka do ludzi. Potrzebował teraz chwili relaksu. Spostrzegł trzech mężczyzn, siedzących przy stoliku i grających w karty.

- To pewnie tacy sami pechowcy, jak ja - pomyślał. Postanowił przysiąść się do nich i dopiero po krótkim odpoczynku przystąpić do ponownego oglądania spektaklu.

Mężczyźni nie wyrazili na jego widok najmniejszego zdziwienia; postawili mu nawet kieliszek z wódką. Zezulok wzniósł toast, a potem odetchnął z ulgą i zamknął oczy. Kiedy je po chwili otworzył, zauważył stojący wokół ich stolika, zwarty wianuszek widzów. Ludzi szybko przybywało.

- Oni wszyscy myślą, że ja też jestem aktorem! - pomyślał spanikowany. Postanowił wycofać się chyłkiem. Okazało się to jednak niewykonalne, bo część widzów natychmiast ruszyła za nim.

Przez głowę Zezuloka przelatywały spłoszone myśli: co robić? Kiedy zaczął biec, wszyscy pobiegli korytarzem za nim, gdy stanął, wszyscy także stanęli.

- Ten to gra z wyczuciem! Zobaczcie, jakie napięcie ma na twarzy! - usłyszał za plecami pochlebne szepty.

Postanowił wykonać znany już sobie manewr z toaletą. - Nie włazić tu, bo przyleję! - ryknął, kiedy widzowie chcieli wejść do ubikacji za nim.

- Wielki aktor! Co za głos, zupełnie jak Sępoliński! - ucieszyły się dwie starsze panie, bijąc mu brawo. Pozostali widzowie z zapałem przyłączyli się do oklasków.

Zezulok zatrzasnął z impetem drzwi toalety. Wychylił się przez okienko: drugie piętro. Mimo to odważnie wspiął się na parapet, a potem - po gzymsie! - dotarł do okna sąsiedniego pomieszczenia. Zastał tam młodą kobietę, która zamiatała podłogę. Wskoczył do środka.

- Czy pan jest kaskaderem? - zapytała dziewczyna z uśmiechem, odkładając szczotkę. Zezulok pokręcił przecząco głową.

- A pani jest sprzątaczką czy może aktorką? - zrewanżował się pytaniem.

- Czy to ważne? Nie wchodźmy w szczegóły - odrzekła, zarzucając mu ramiona na szyję. - Najważniejsze jest to, że mam na imię Tamara...

Upojne chwile przerwało im wtargnięcie do izby gromady widzów. - To on, to on! Od razu było wiadomo, że tu go znajdziemy! Jaki on romantyczny! Prawdziwy amant w dawnym stylu, jak Eugeniusz Bodo! - cieszyły się obie staruszki.

Zezulok rzucił się gwałtownie ku oknu i wyskoczył...

Po spędzeniu kilku miesięcy w szpitalu postanowił, że jego noga nigdy więcej w teatrze nie postanie.

komentarze (1) | dodaj komentarz

niedziela, 21 marca 2010

Licznik odwiedzin: 104225

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O moim bloogu

Blog literata i dziennikarza, a przy tym wolnomyśliciela, wyznawcy bogów Olimpu.

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 12.01.2010 17:58:01
  • autor: tomas
  • treść: Jutro pierwszy mecz ...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione blogi

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Konkursy i nagrody

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 08.09.2009 14:58:21
  • autor: lolololoooo
  • punkty: 100
  • treść: super dzięki za rela...